Domy, ogrody, małe pola między zabudową. Spokojny widok. Ale pole, pierwsza linia domów i codzienne drogi powrotu do wnętrza leżą tu bardzo blisko siebie.
Oprysk trafia w powietrze i na powierzchnie przy domu. To jest pierwszy fakt, nie prawo. Jeśli to się dzieje, ochrona musi widzieć dom, nie puste pole.
Odległość od domu, uprzedzenie sąsiada, wymóg zgody, ochrona szkoły. Narzędzia są różne, ale cel ten sam: ograniczyć kontakt, zanim oprysk dotrze do miejsca, gdzie żyją ludzie [26] [21] [20] [31] [35] [22] [19] [23] [29].
Na tej mapie polski problem widać wyraźnie. Przepisy pilnują techniki oprysku, ale dom prawie w nich nie istnieje [9].
Kraków nie jest dowodem o pestycydach. Jest dowodem o czymś innym: że to, co uchodzi za normalne, da się zmienić.
Na początku problem wydaje się zbyt zwyczajny, by ruszyć prawo. Potem odzywają się mieszkańcy, zmienia się język, a za nim przychodzi reguła.
Zmiana nie zaczyna się od pytania, jak rodzina ma się lepiej bronić. Zaczyna się od faktu: miejsce działa jak osiedle, ale ochrona wciąż jest skrojona pod otwarte pole.
Zaczyna się od trzech nazw: źródło, droga kontaktu i ten, kto stoi po drugiej stronie. Ciąża, niemowlę, małe dziecko. Z tego dopiero uczciwie wynika zmiana reguły.